 Exodus trwa. Wyjeżdżają wszyscy; ci młodzi i ci nieco starsi, ci z perspektywami i ci bez żadnych szans, samotni i zaprzysiężeni, dzietni i bezdzietni. Biura paszportowe przeżywają prawdziwe oblężenie, Londyn zamienia się w polską kolonię, a obietnica zniesienia wiz bez wątpienia zapewni Stanom Zjednoczonym status drugiego największego zakładu pracy dla rozczarowanych Polaków. Na początku byłem na to zły, twierdziłem, iż tylko ludzie bez wyobraźni, bez samozaparcia jadą odwalać brudną robotę za granicę, zamiast kombinować u siebie. Myliłem się, rzeczywistość zweryfikowała mój tok myślenia. Polska to nie jest dobre miejsce do życia, do rozwoju. Żyjemy w małym słabym kraju, którego włodarze nawet nie starają się by było lepiej. Wszystko stoi na głowie, wszystko jest byle jak, nic nie pozostawia najmniejszych nadziei na polepszenie sytuacji... Jak teraz w obliczu tej beznadziei funkcjonować mają młode zespoły? Czy jest w ogóle sens, by marzyć o karierze? Czy te marzenia nie są z góry skazane na niepowodzenie?
No bo, moi kochani, sytuacja wygląda tak; czworo cholernie zdolnych i ambitnych maniaków rocka zakłada band, potrafią grać, a ich umiejętności wywołują ciarki na plecach osób, które odwiedzają ich salę prób. Wymyślają nazwę, marzą, snują plany i z pietyzmem komponują kolejne utwory. Po roku wytężonej pracy przychodzi czas na koncerty. Pierwsze dwa, trzy, cztery, a nawet pięć służy temu, by zespół przestał być w swoim mieście anonimowy. Chłopaków nie interesują pieniądze, ważne by zagrać. Mija jednak kolejny rok, występów na koncie pięćdziesiąt, tłumy knajpiane szaleją i nikt nie ma wątpliwości co do talentu i potencjału kapeli. Jest radość, marzenia wydają się spełniać. No ale w końcu dają o sobie znać tak prozaiczne sprawy jak comiesięczna opłata za salę prób, struny w gitarze, które się zrywają, pałki, które się łamią, sprzęt, który czasem się psuje i dowóz na miejsce koncertu, który kosztuje, a w końcu drogie godziny w studiu nagrań... Młoda grupa rockowa zdawszy sobie sprawę z tego, że coś już znaczy w miejscowym, a nawet krajowym światku muzycznym zaczyna liczyć sobie więcej za granie w klubach, czy knajpach i wtedy się zaczyna... Właściciel z kumpla staje się hieną, patrzy spode łba, nadyma się, wypuszcza powietrze i rzuca fałszywie miłą wiązanką, na którą składają sie wszystkie niedogodności występu zespołu w jego lokalu. Rozkłada ręce, uśmiecha się, "zrozumcie" powtarza... Zrozumcie, zrozumcie, zrozumcie... Wciąż oferuje sumę, która ledwie pozwala spłacić kierowcę przywożącego sprzęt, albo co gorsza plami się propozycją "grania za piwo". To jest horror, to jest koszmar. Gdy właściciel tyskiego klubu Scrubs, szczycącego się piękna sceną i licznymi koncertami, zaczął dostawać większe żądania od młodych kapel, wstawił do swojej knajpy więcej stolików i przerwał wszelakie występy po wsze czasy. Żałosne, nie sądzicie? Myślicie, ze przybyło mu klientów? Byłem w zeszłą sobotę. Scrubs świeci pustkami. Tak już zostanie. Pamiętam czasy, kiedy na koncercie nie można było znaleźć miejsca stojącego, a piwo lało się strumieniami. Gratuluję błyskotliwego pomysłu, psze pana... Niech knajpy dalej będą tylko i wyłącznie pijalniami i szczalniami bez ambicji. Ja wiem, że to biznes, że wszystko musi się zwrócić, ale nikt mi nie wmówi, że na koncercie, gdzie zgromadził się tłum osób, z których każdy kupi po 2, 3 piwa, utarg jest mały... Najlepszym rozwiązaniem, w momencie gdy właściciel oferuje marne 250 orłów w koronie, jest organizowanie biletowanego show. Ceną minimalną powinno być 5 złotych. Powtarzam, MINIMALNĄ. Wtedy, z kolei, na jaw wychodzą grzechy młodych ludzi, którzy niejednokrotnie wolą za te 5 złotych kupić sobie wino i wypić w krzakach niż zobaczyć świetny rockowy zespół, często stokrotnie lepszy niż ten słynny, za obejrzenie którego dali stówę. Wiadomo, ciężkie czasy rodzą ciężkie sytuacje, ale bez przesady... Gdy dwie strony nie dają szansy młodym kapelom, to nie ma szans, by w Polsce ruszyło cokolwiek. Trudna sytuacja w tym kraju dotyka nie tylko młodych startujących muzyków. Spojrzałem w cennik zespołów Dżem i TSA. Za pojedynczy koncert, nasze legendy rocka dostają po 17 i pół tysiąca złotych. Na pozór wygląda to na sporą sumę, ale po rozłożeniu jej na części, odliczeniu wypłaty dla ekipy dźwiękowców, technicznych, odsączeniu podatku i podzieleniu tego na 6 (tylu członków liczy Dżem), czy 5 (to TSA), pozostaje zwykła marna wypłata. Polskie ikony rocka może i byłyby milionerami, gdyby koncertowały codziennie. Tak jednak nie jest. A media? O tym nawet strach myśleć. To nie jest tak, że tylko najlepsi wyjdą na powierzchnię. Tak nam wciąż mówią, ale to było kiedyś, trochę w Polsce, bardziej na zachodzie. Te czasy się już skończyły, obecnie wszystko obwarowane jest dziećmi vipów, dziećmi dzieci vipów, bękartami dzieci vipów... To smutne i obrzydliwe. Za każdym razem, gdy włączę TV mam przy sobie wiadro, by nie zarzygać sobie fotela oglądając gęby synków i córek znanych osobistości. Ok, mała, tatuś był gwiazdą rocka, ale ty nie jesteś nawet jego marną kopią. Jesteś ofermą bez talentu. Bufet Dody Elektrody też mnie już dawno nie rajcuje. Na Ich Troje nie narzekam, bo to nie tekst o muzyce kabaretowej, poza tym temat Płaczącego Michasia się przejadł. Koleś z garażu obok mnie tworzy kolejne kawałki, których potencjał przebojowy jest ogromny a zakorzenienie w hard rocku niepodważalne. Chłopak się stara, rozsyła swoje piosenki gdzie może, zakłada profil na myspace, ale to Patrycja Markowska ma tatusia (bo talentu jej brak), to Bracia są Cugowscy... Ci ostatni to zdolne chłopaki, ja wam jednak pokażę dziesięciu zdolniejszych, którzy od lat łupią marnie płatne koncerty i wyjść poza to nie potrafią. A co z tymi bez rodowodu? Cóż, Doda może nie dysponuje słynnym ojcem, ale ma popularne cycki i dobrego chirurga. To załatwia sprawę. Umożliwiło nawet jej ukochanemu Radkowi z marnego piłkarza stać się personą medialną.
Czy zatem muzycy, którzy chcą tutaj założyć zespół powinni dać sobie spokój z wynajmowaniem garażu w swoim mieście, kupowaniem sprzętu w miejscowych sklepach? Czy nie będzie lepiej, gdy najpierw wyjadą na przykład do Skandynawii, uklepią sobie grunt i tam skrzykną kilku muzyków? I co wtedy zostanie tutaj? Czy ktoś o tym pomyślał? Czy, drodzy decydenci, będziemy mieli się czym szczycić, jeśli o muzykę rockową chodzi? A może będziemy po prostu żyli z wielką dumą, że ten szwedzki, czy angielski rockman to Polak z pochodzenia? Czy to nie żałosne? Czas przejrzeć na oczy. Być może młode zespoły rockowe powinny założyć coś w rodzaju związków zawodowych? Skupić się pod jedną banderą i nie grać ŻADNYCH koncertów, dopóki dopóty właściciele knajp i klubów nie zaczną traktować nas poważnie... Pytanie tylko, czy ten "bunt" w ogóle zwróciłby ich uwagę... W każdym bądź razie coś sie musi zmienić, bo aż żal słuchać, gdy bardzo młody muzyk z pełnym przekonaniem mówi "tu się nie opłaca grać"... BlackHeart
Komentarze () |
|
|
|
|
|